Mówi się, że diabeł tkwi w szczegółach, a więc to, co z pozoru nieważne i niewinne, bywa przewrotnie, jedną z rzeczy najważniejszych. Szczegół coraz częściej skupia na sobie uwagę, co bardziej wnikliwych obserwatorów codzienności i decyduje o tym, jak postrzegają rzeczy, sprawy i oczywiście ludzi.
Co więcej, nie trzeba być przecież wnikliwym obserwatorem, żeby zauważyć, co wysuwa się na pierwszy plan – on właśnie, wielki pan szczegół. Taki mały, a taki bezczelny.
Nie sposób nie odnieść tej zasady do stylizacji, czyli tego, co na co dzień na siebie zakładamy. I tutaj szczegół rządzi, a umiejętnie wykorzystany, potrafi zdziałać cuda.
Parafrazując to powiedzenie o diable i szczególe rzec można, że diabeł tkwi w dodatkach – źle dobrane mogą kompletnie popsuć naszą stylizację, a odpowiednio – ożywić strój i nadać mu indywidualnego charakteru. To taka wisienka na torcie. Choć teoretycznie nie jest niezbędna do tego, by się cieszyć jego smakiem, to bez niej tort jest tylko zwykłym tortem. Wisienka może być truskawką albo mirabelką. A ładny wisiorek pierścionkiem, kolczykami albo bransoletką. To właśnie te elementy są w stanie odmienić zwykłą, z pozoru nieciekawą sukienkę, dawno niewyciąganą z szafy, przełamać banał i pokazać nasze poczucie dobrego smaku (złego też, niestety ;)).
Znajomy mężczyzna, na moje pytanie o to, co by poradził kobiecie poszukującej własnego stylu wymienił cztery punkty: po pierwsze, prostota. To, że nasz strój nie może być przekombinowany, a co za dużo, to nie zdrowo, to już wiemy i nam tego mówić nie trzeba. Im mniej, ale bardziej sensownie, tym lepiej.
Po drugie, lekka niby niedbałość. A więc pozornie o siebie nie dbamy, czyli dbamy, ale ON przecież nie może się zorientować, że aby być takie piękne, spędziłyśmy przed lustrem przynajmniej kilka godzin. I tyle samo na kompletowaniu stroju. O zabiegach kosmetycznych nawet nie wspominając. Włos lekko rozwiany, pozorny nieład, to czasem to, co wygląda lepiej, niż całość dopięta na ostatni guzik.
Po trzecie, umiejętne przełamanie konwencji w jakimś szczególe. Wyobrażacie sobie? Tak – mężczyźni też zwracają na to uwagę. No i po czwarte, kobiecy wdzięk, ale ten, jak dobrze wiemy, jest cechą wrodzoną większości pań ;)
Z dodatkami bywa jednak ciężko. I nie chodzi o ich dostępność, czy nawet cenę, ale o nasz pomysł na siebie. Jak gdzieś przeczytałam, że kobieta jest jak sroka w kwestii błyskotek, to się w pierwszej chwili oburzyłam, ale z drugiej strony…, ile jest takich spotkań w naszym życiu z dodatkami, kiedy coś błyszczy, świeci, wodzi na pokuszenie i nie można się temu oprzeć? I podejmujemy masę nieracjonalnych decyzji, kupując przedmioty, które nijak pasują do tego, co już posiadamy.
Czasami jednak opierać się nie trzeba, a nawet opieranie się jest niewskazane. I nie, wcale nie chodzi o tzw. terapię zakupową, znacząco wpływającą na wskaźnik naszego dobrego humoru.
Warto śledzić trendy i w nich szukać dla siebie inspiracji. Ja powiedziałam wielkie „TAK”, po polsku, po angielsku i w każdym innym języku świata, bransoletom „YES”. Najnowszy, jesienno-zimowy trend, to więcej niż jedna bransoleta, albo jedna, ale pokaźnych rozmiarów, niczym mankiet. „YES” nie zapomina również o projektach designerskich, które choć cenowo już nie dla każdego, kuszą nietypowym, intrygującym wyglądem i materiałem imitującym pogniecioną tkaninę, a z tkaniną niemającym nic wspólnego. Zaletą tych bransolet jest to, że przyciągają wzrok i są wyjątkowe – to, że koleżanka z pracy zapyta, skąd taki piękny dodatek, mamy jak w banku.
I może to powinno być głównym przesłaniem tego tekstu: jeśli stawiamy na szczegół, to dobry i gustowny. Innych nie sposób nie zauważyć, ale nie zawsze pozytywnie kłują w oczy. Pamiętajmy więc, że dodatek powinien intrygować, skupiać uwagę, zachwycać, ożywiać stylizację, a nie szpecić ;)
[ŻRÓDŁO ZDJĘĆ: blog.yes.pl]